Jeśli ktoś sądził, że koncesje górnicze to żyła złota dla gmin – Zawiercie właśnie rozbiło ten mit jak dziecko pustą świnkę na urodziny. Przepraszamy, nie pustą. Zaplątało się tam 50 groszy.
Urząd Miasta w Zawierciu odpowiedział na pytania Stowarzyszenia „Nie dla kopalni cynku i ołowiu” i podał czarno na białym: w ramach przyznanej koncesji na poszukiwanie i rozpoznawanie złóż cynku i ołowiu firma Rathdowney Polska sp. z o.o. wpłaciła… 2560 zł. Jednorazowo. W 2010 roku. I od tamtej pory – cisza w kasie.
Rozkładając to na lata badań (2010–2025), wychodzi około 170 zł rocznie. A jeśli ktoś woli brzmienie bardziej „premium”, to w przeliczeniu na dzień robi się niemalże 50 groszy za „badanie bogactw naturalnych”. Brzmi jak promocja Black Friday… tylko że dla inwestora. Dla miasta – raczej „Black Everyday”.
Tymczasem lokalne media piszą, że w listopadzie ministerstwo przedłużyło koncesję badawczą dla Rathdowney. W tle przewija się też magiczna liczba: „około 300.000 zł rocznie” jako „zwyczajny dochód Skarbu Państwa z koncesji na 5 lat”. I tu zaczyna się kabaret.
Bo jeśli naprawdę mówimy o 300 tysiącach rocznie, a do Zawiercia trafiło łącznie 2,56 tysiąca przez 15 lat, to pytanie brzmi: gdzie reszta kasy?
W snach o potędze? W excelach w innych miastach? Czy po prostu w cudzej kieszeni?
Dołóżmy do tego przepisy: opłata zależy od rodzaju kopaliny i powierzchni. W 2025 r. stawka dla „innych kopalin” to 160,80 zł/km². Wynika z tego, że na terenie Zawiercia badania kanadyjskiej firmy objęły przez 15 lat 16 km², roczna opłata oscyluje więc wokół kwoty 2560 zł. Czyli… w Zawierciu zapłacono raz, jakby za jeden rok. A potem już gratis? „All inclusive” w stylu geologii?
Nic dziwnego, że nawet my, przedstawiciele Stowarzyszenia „Nie dla kopalni cynku i ołowiu”, jesteśmy w szoku. Bo tę historię trudno ogarnąć bez popcornu. Dlatego wystąpimy o analogiczne informacje do gmin: Poręba, Łazy i Ogrodzieniec oraz do Ministerstwo Klimatu i Środowiska. Cel jest prosty:
- zweryfikować, czy 300 tys. zł rocznie to fakt czy publicystyczna bajka,
- ustalić, kto naprawdę inkasuje te pieniądze – państwo, region czy ktoś, komu poprawia się humor wraz ze stanem konta,
- wyjaśnić, czy stawki są liczone „po bożemu”, czy „po swojemu”.
Jeśli kwota 300 tysięcy jest prawdą – Zawiercie ma prawo zapytać, czemu dostało kieszonkowe.
Jeśli to nieprawda – Zawiercie ma prawo zapytać, kto i po co robi z mediów kabaret.
Na razie jedno jest pewne: w tej historii ziemia może kryć skarby, ale miasto ich nie widzi. Widzi za to rachunek na 50 groszy dziennie. I to jest dopiero złoże absurdu.
Fot. ilustracyjne AI