Jak Ministerstwo Klimatu i Środowiska hoduje finansową wydmuszkę w Zawierciu.
Gdyby polskie instytucje odpowiedzialne za bezpieczeństwo gospodarcze kraju działały choć w połowie tak sprawnie, jak działają serwery giełdy w Toronto, żylibyśmy w bezpiecznym i dostatnim kraju. Niestety, rzeczywistość AD 2026 skrzeczy. Podczas gdy urzędnicy Ministerstwa Klimatu i Środowiska z namaszczeniem podpisują kolejne dokumenty, wydają zgody na przedłużanie badań, wystarczyło zaledwie kilka kliknięć w internecie, by obnażyć brutalną prawdę o tzw. „inwestorze” Projektu OLZA.
Prześwietliliśmy oficjalne sprawozdania finansowe kanadyjskiej „spółki-babki”, którymi ta musi chwalić się za oceanem, a których próżno szukać na jej polskiej stronie internetowej. Efekt? Odkryliśmy finansowego zombiaka. To podręcznikowa wydmuszka, która zamiast na złożach cynku, urosła na potężnej rezygnacji z logicznego myślenia naszych rodzimych organów państwowych.
Polskie służby – zarówno te jawne, jak i tajne – oraz ministerialni urzędnicy dostali właśnie soczysty prztyczek w nos. Choć może właściwsze byłoby stwierdzenie, że po prostu smacznie śpią, podczas gdy pod ich bokiem zagraniczny gracz uprawia czystą spekulację. A dotarcie do tych faktów nie stanowi żadnego problemu.
Ściśle tajne? Nie, ogólnodostępne. Ale nie dla polskiego rządu
Wielu mieszkańców regionu zawierciańskiego wciąż żyje w iluzji, że mamy do czynienia z globalnym krezusem, magnatem górnictwa z nieograniczonym kapitałem. Nic bardziej mylnego.
Polska „spółka-córka” nie ma własnych pieniędzy. Nie ma nawet własnego kieszonkowego. Każda złotówka na pensje, biura czy opłacenie „niezależnych ekspertyz” płynie szerokim strumieniem (a raczej wąską kroplówką) zza oceanu. Co najciekawsze, te „dotacje” nie są żadnym wkładem własnym, lecz są skrupulatnie księgowane jako… dług polskiego oddziału wobec centrali w Vancouver.
Scenariusz na jutro: Jeśli w Vancouver ktoś uzna, że pora zakręcić kurek z pieniędzmi, polska spółka znika z powierzchni ziemi w przeciągu jednej doby. Zostaną po niej tylko puste segregatory i zdziwione miny urzędników z Warszawy.
Góra długów, czyli jak pożyczyć pensję od własnego dyrektora
Spójrzmy w oficjalny bilans tego „giganta”. Firma, która w powiecie zawierciańskim nie wydobyła jeszcze ani jednego kilograma kruszcu i nie zarobiła złamanego grosza, uzbierała już, bagatela, ponad 18,5 miliona dolarów kanadyjskich (CAD) długu krótkoterminowego. To ten rodzaj zobowiązań, które trzeba spłacić „na wczoraj”.
Komu i za co są winni te miliony? Tutaj zaczyna się prawdziwy finansowy kabaret:
- Sami sobie (10,6 mln CAD): Ponad połowa długu to zobowiązanie wobec spółki-matki. Kanadyjski „mózg” operacji wystawia polskiemu oddziałowi potężne faktury za „usługi biurowe i doradztwo” – potrafią wycenić swoje porady na skromne 171 tysięcy dolarów za kwartał! Ponieważ Projekt OLZA nie ma z czego zapłacić, licznik długu bije, a wirtualne tabelki puchną.
- Zaległe pensje dla ekspertów (2,5 mln CAD): To absolutny hit tych sprawozdań. Firma jest dłużna miliony własnym menedżerom. Sztandarowym przykładem jest były dyrektor i rzekomy as górnictwa, Dick Whittington, zatrudniony w 2019 roku. Kontrakt był tak „genialnie” skonstruowany, że dyrektor musiał… oddawać (pożyczać) swoją pensję z powrotem spółce, żeby ta miała na opłacenie bieżących rachunków! Whittingtona w firmie już nie ma, ale dług pozostał: milion dolarów w pożyczce i kolejny milion w zaległym wynagrodzeniu.
Mówiąc bez owijania w bawełnę: ta firma to finansowy pacjent w stanie agonii, podtrzymywany przy życiu wyłącznie przez rolowanie długów. Każdy kwartał przynosi blisko pół miliona dolarów czystej straty.
Wojna, Alaska i amerykańskie rezerwy – wielka geopolityka w tle
Dlaczego zatem Kanadyjczycy z takim uporem, resztkami sił, trzymają rękę na koncesji w regionie zawierciańskim? Odpowiedź znajdziemy w ich sprawozdaniach giełdowych z początku 2026 roku. Spółka oficjalnie wpisała tam… ryzyko skutków nowej wojny w Zatoce Perskiej. Choć to giełdowa formalność, pokazuje to idealnie gorączkę, jaka panuje na rynku surowców w 2026 roku.
Powody tej desperackiej walki o przetrwanie są dwa:
1. Koniec ery Red Dog
Właśnie ogłoszono, że Red Dog na Alasce – największa kopalnia cynku na świecie – drastycznie kurczy swoje wydobycie z powodu wyczerpywania się złóż. Około 2033 roku ma zostać ostatecznie zamknięta. Efekt? Globalny deficyt cynku, skok cen na rynkach o około 12% i paniczne poszukiwanie przez inwestorów miejsc, gdzie można na gwałt otworzyć nowe kopalnie.
2. Amerykański głód surowcowy
USA mają problem – produkują masę surowego koncentratu cynku, ale zamknęli u siebie huty. W efekcie muszą wysyłać koncentrat za granicę i importować gotowy metal. Z kuluarów rynkowych docierają informacje, że Pentagon i rząd USA zaczęły masowo skupować cynk do strategicznych rezerw wojskowych.
Co to oznacza dla Zawiercia? Urzędniku, obudź się!
Dla nas, mieszkańców, to moment prawdy. Sytuacja geopolityczna sprawia, że złoża pod naszymi domami stają się kąskiem dla spekulantów. Jednak te same liczby czarno na białym dowodzą, że partnerem do rozmów dla polskiego rządu jest podmiot całkowicie niewiarygodny.
Czy firma, która nie ma na pensję dla własnego dyrektora, wyłoży setki milionów dolarów na nowoczesne, bezpieczne dla środowiska technologie? Czy zabezpieczy fundusze na ewentualne odszkodowania za szkody górnicze, zapadliska i zatrutą wodę? Wolne żarty.
Ta spółka nie zachowuje się jak poważny inwestor przemysłowy. To sprytny gracz giełdowy, który desperacko próbuje dotrwać do momentu, w którym drożejący na świecie cynk pozwoli mu z zyskiem opchnąć udziały i prawa do koncesji komuś innemu.
I właśnie dlatego spółka złożyła wniosek o przedłużenie koncesji na badania. Nie po to, by cokolwiek badać – oni już wszystko wiedzą. Chodziło o zyskanie na czasie. I co zrobiło Ministerstwo Klimatu i Środowiska? Dało się ograć jak dziecko na jarmarku, przedłużając im koncesję o kolejne trzy lata. Państwowi urzędnicy po raz kolejny udowodnili, że wolą zamykać oczy i chować się za suchymi, ustawowymi paragrafami, zamiast spojrzeć na rzeczywistość finansową, która leży na stole.
Jako Stowarzyszenie mówimy głośno: te trzy lata to czas, w którym kanadyjska wydmuszka będzie gorączkowo szukać kupca na nasze wspólne dobro. Z pełnym przekonaniem patrzymy na te giełdowe kombinacje i mówimy spekulantom: „Powodzenia”. Na te kopalnię nigdy nie będzie naszej zgody!