Gdyby ktoś jeszcze wierzył, że w Polsce decyzje dotyczące dużych pieniędzy zapadają po analizach, ekspertyzach i konsultacjach z fachowcami – to ten materiał jest jak kubeł zimnej wody. Albo raczej espresso z absurdem. Bo wygląda na to, że w Ministerstwie Klimatu i Środowiska proces decyzyjny przypomina bardziej poranną naradę przy ekspresie niż poważne postępowanie administracyjne.
Odwołanie? Dziękujemy, do szuflady
W sprawie przedłużenia przez Ministerstwo koncesji na badanie złóż cynku i ołowiu o kolejne trzy lata, nasze Stowarzyszenie złożyło odwołanie. Pomińmy w tym momencie hecę, jaką ministerstwo samo sobie zafundowało w postaci podpisania owej decyzji przez nieuprawnioną osobę. To zupełnie odrębny temat. Zanim ów nieprawomocny podpis pojawił się złożyliśmy obszerne odwołanie. Przygotowaliśmy argumenty, dokumenty, z nadzieją, że żyjemy w państwie prawa i ktoś na poważnie pochyli się nad naszym odwołaniem, a przynajmniej je przeczyta.
I co? I nic. Już po wszystkim, gdy nasze odwołanie zostało odrzucone, postanowiliśmy sprawdzić, jaką procedurę przeszło ono w ministerstwie. Ścieżkę urzędowej analizy wyznaczają tzw. metryczki, z których można się dowiedzieć, kto, co i jak zrobił z daną spraw na poszczególnych etapach jej analizy. A w metryczkach cisza jak w lesie przed burzą. Nie ma śladu analizy, nie ma opinii, nie ma nawet pół zdania typu „zapoznano się i uznano za bezzasadne”.
Może ktoś przeczytał. Może nie. Może się komuś nie chciało. A może ktoś uznał, że zadziała klasycznie czyli wrzuci do systemu i po sprawie. Bo kto będzie się fatygował do ministerstwa, żeby prześledzić taką „nudną” procedurę? My się udaliśmy.
Analiza z prawnikami – wersja Schrödingera
Hit sezonu: wpis o analizie z prawnikami. Brzmi jak poważna rzecz. Garnitury, paragrafy, może ktoś nawet otworzył kodeks. Tylko że… tej analizy nie ma. Znaczy jest. Ale jednocześnie jej nie ma. Nie ma śladu, kto opiniował dokumenty pod względem prawnym i merytorycznym. Znaczy jest ślad, że opiniowano. Ale opinii nie ma. Bo – jak nas poinformowano – analiza odbyła się ustnie. Czyli w praktyce ktoś coś powiedział, ktoś mądrze pokiwał głową, ktoś spojrzał na zegarek i uznano temat za załatwiony. Notatka? Dokument? Podpis? A po co.
Notatka, której nie zobaczysz (ale uwierz, że istnieje)
Jeszcze lepszy numer przy unieważnieniu decyzji. W systemie pojawia się wpis: sporządzono notatkę opisującą stan sprawy i skierowano ją do gabinetu ministra. Znowu brzmi poważnie. Kluczowy dokument. Może nawet ktoś się przyłożył. Tylko że tej notatki… nie ma. A właściwie – jest, ale w systemie. A do systemu nie masz dostępu. Więc w sumie nie ma. To trochę jak z tym znajomym, co mówi, że „ma dowody, ale nie pokaże”.
Unieważnienie decyzji metodą „bo tak”
Kto stwierdził, że decyzja była podpisana przez osobę nieuprawnioną? Nie wiadomo. Gdzie jest opinia prawna, że naprawdę ta osoba nie miała upoważnienia do tej sprawy? Nie ma. Ekspertyza? Nie ma. Jakikolwiek dokumenty? Też nie. No to jak? Ta osoba, która podpisała się pod dokumentem, przechodziła korytarzem i ktoś zawołał: „Ej, chodź, podpisz się tutaj, bo masz ładny charakter pisma”? Czy też ten urzędnik przez wiele miesięcy zajmował się tą sprawą, a na koniec okazało się, że nie miał do tego uprawnień?
Ale spokojnie – procedura unieważnienia ruszyła. Bo najwyraźniej ktoś gdzieś uznał, że tak będzie najlepiej. I tyle wystarczyło.
Czy faktycznie spokojnie i z pełna powagą? Trudno w to uwierzyć, gdy w poważnej, urzędowej metryczce pojawia się wpis z imionami pracownic, ale bez ich nazwisk. Tak, jakby metryczka stała się nową formą internetowego komunikatora.

W dokumencie rządowym pojawiają się milutkie określenia „Kasia i Iwona”. Można by uznać, że takie fajne, familiarne to Ministerstwo Klimatu i Środowiska. W końcu od lat wszyscy dążą, żeby urzędy miały bardziej „ludzką twarz”. No ale, ta sprawa dotyczy inwestycji liczonych w miliardach i losu tysięcy ludzi w regionie zawierciańskim. Z jednej strony „Kasia i Iwona” a z drugiej – zapadliska, zatrute powietrze, gleba czy woda oraz niepewność, co do rozwoju obszaru, który postawił na turystykę i budownictwo jedno czy wielorodzinne.
Ministerialny workflow: Basia & Romek Sp. z o.o.
I teraz najlepsze. Patrząc na te metryczki, naprawdę trudno nie odnieść wrażenia, że proces wygląda mniej więcej tak:
– Basia, mamy tu jakiś protest w prawie koncesji na miliardy.
– O matko, znowu?
– No. Co robimy?
– A co tam, przyznaj tę koncesję.
– Dobra, wpiszę do systemu.
I cyk – decyzja gotowa.
Bez analizy, bez odpowiedzialności, bez śladu, kto to w ogóle klepnął.
Transparentność level: „zaufaj mi, bracie”
Dokumenty są. Tabele się zgadzają. Daty są wpisane. System działa. Tylko że nie pokazuje niczego, co naprawdę ma znaczenie. Nie wiadomo kto analizował sprawę (jeśli ktokolwiek), jakie były opinie, kto podjął decyzję, na jakiej podstawie.
Ale spokojnie – wszystko jest „w systemie”.
Państwo na autopilocie
Jeśli tak wyglądają procedury przy sprawach, gdzie w grę wchodzą ogromne pieniądze, to rodzi się jedno pytanie: czy to jeszcze administracja publiczna, czy już losowanie wzorowane na systemie „lotto”? Tu już nie chodzi o tę jedną sprawę. Tu chodzi o mechanizm, w którym:
- analizy są „ustne”,
- dokumenty są „niewidzialne”,
- decyzje są „znikąd”.
- Kasia i Iwona raz są w sprawie, raz ich nie ma
- dyrektorzy coś podpisują, a potem się to unieważnia.
A odpowiedzialność? Hmmmm. Trudno się jej dopatrzyć. Ale … może jest w systemie.