To brzmi jak scenariusz do filmu o absurdach geopolityki: kanadyjska firma, która od piętnastu lat próbuje przekopać Jurę Krakowsko-Częstochowską, by wydobywać cynk i ołów, dziś powołuje się na bezpieczeństwo narodowe i surowce strategiczne. Tylko że w tym filmie scenariusz pisze życie, a statystami są mieszkańcy powiatu zawierciańskiego.
Od kopalni do konspiracji
Rathdowney Polska – spółka-córka kanadyjskiego holdingu Hunter Dickinson – od 2010 roku posiada koncesję na badanie złóż cynku i ołowiu. W 2019 roku, po ujawnieniu przez nas planów budowy kopalni w rejonie Łaz oraz umowy z Nadleśnictwem Siewierz, która przewidywała dzierżawę terenu pod wyrobisko i staw poflotacyjny, wybuchły protesty. Biuro w Zawierciu zniknęło i przedstawiciele firmy – również.
Minęło sześć lat i… powracają. Tym razem z nowym argumentem: „badania mogą dostarczyć informacji o surowcach strategicznych”. Brzmi poważnie. Bo któż odważy się sprzeciwić, gdy w grę wchodzą słowa klucze: bezpieczeństwo kraju, wolfram, molibden i obronność państwa?
300 odwiertów i 15 lat ciszy
Według dokumentów, Rathdowney w ciągu 15 lat wykonał około 300 odwiertów, każdy do głębokości około 300 metrów. To daje łącznie 90 tysięcy metrów wierceń – koszt takich prac szacuje się na 60–130 milionów złotych. A mimo to we wniosku czytamy, że złoża „udokumentowano bardzo wstępnie”.
To tak, jakby ktoś po dekadzie badań nad gotowaniem wody wciąż nie był pewien, czy wrze przy 100 stopniach.
Przy obecnych technologiach 300 odwiertów można wykonać w kilka lat, załóżmy, że siedem wraz z ich analizą. A więc – co działo się przez pozostałe osiem? Cóż, może badacze odpoczywali, chłonąc piękno Jury, którą sami chcą przekopać.
Wojna, surowce i cudowne oświecenie
Po wybuchu wojny w Ukrainie rząd faktycznie wprowadza rozwiązania mające usprawnić dostęp do tzw. surowców krytycznych. I w tym momencie Rathdowney przeżywa swoje drugie narodziny – nagle wpada na pomysł, że może ma pod ziemią coś więcej niż cynk i ołów. Teraz, jak wynika z wniosku, chce badać również potencjalne występowanie surowców strategicznych „o znaczeniu dla obronności kraju”. Jak mówi klasyk: „Cóż szkodzi obiecać”?
Tak oto projekt górniczy, który wcześniej nie wzbudzał nic poza protestami i memami, dziś staje się – przynajmniej w papierach – patriotyczną misją.
Bogaty „wujek” z Kanady? Raczej kuzyn z długami
Wszystko byłoby jeszcze zrozumiałe, gdyby firma rzeczywiście była potentatem finansowym. Ale Rathdowney od lat notuje straty – w 2024 roku ponad 1,77 mln dolarów kanadyjskich na minusie. Dla porównania – Teck Resources, prawdziwy gigant kanadyjskiego górnictwa, w tym samym czasie zarobił 206 mln.
Więc z kim my właściwie mamy do czynienia? Z globalnym graczem, który „przyniesie inwestycje”, czy z wydmuszką, która od dekady żyje na kredyt i wciąż „udokumentowuje złoża bardzo wstępnie”?
Kto tu jest ślepy?
Niepokój budzi też brak przejrzystości. Rathdowney przyznaje, że finansuje się z kapitału akcjonariuszy, ale nie podaje, kim oni są. W praktyce – nie wiadomo, czy za kanadyjską fasadą nie kryją się rosyjskie, chińskie czy inne fundusze o niejasnym pochodzeniu. W sytuacji, gdy wojna toczy się tuż za naszą granicą, trudno nie uznać tego za kwestię bezpieczeństwa narodowego.
A mimo to rząd – ten sam, który mówi o wzmacnianiu kontroli nad surowcami strategicznymi – rozważa przedłużenie koncesji.
Bo przecież jak odmówić firmie, która deklaruje, że pomoże krajowi odnaleźć molibden i wolfram potrzebny do czołgów? Nawet jeśli sama jest – delikatnie mówiąc – w finansowej defensywie.
Czy Rathdowney naprawdę idzie „do wojska”? Czy może po prostu szuka nowego pretekstu, by przez kolejne lata trzymać w ręku koncesję, której nigdy nie wykorzystał?
Na to pytanie odpowiedź poznamy, gdy Ministerstwo Klimatu i Środowiska ogłosi decyzję.
A póki co – patrzmy im na ręce. Bo jak historia uczy – w Polsce nic tak nie jest poufne, jak dziura w ziemi z obietnicą złota.